Start » Głogoczów » Multimedia » Teksty » Legendy » Zimowa opowieść

Zimowa opowieść

Swój na swojego donosić nie powinien! A jednak...

Krucząca w chlewiku świnia, nieświadoma swego tragicznego, acz nieuchronnego losu, nigdy by też i nie przypuściła, że może stać się przyczyną daleko większego zamieszania i zaangażowania w jej sprawy wielu ważnych person.

Był rok 1970. Szła zima sroga i śnieżna. Gospodarze dawno zakończyli już prace polowe. Na roli posiali i poorali pod wiosenne uprawy. Pilnie oddali obowiązkowe dostawy żywca i zboża. Jedna świnia została się im z przeznaczeniem na nielegalny ubój. Właściwie to ona od początku była problematyczna, bo ledwie ją w worku przynieśli z myślenickiego jarmarku, to się okazało, że ma ... prosty ogon! Tak! Układ świńskiego ogonka był niezwykle istotny z punktu widzenia dalszej hodowli świni i planów z nią związanych. Bo albo taka miała ogonek ładnie skręcony i wiadomo było, że będzie się dobrze chować, wyżerać z koryta wszystko do czysta, nie zachoruje na różycę, a jak minie pół roku to złapie wagę i będzie można dzięki niej spełnić chłopski obowiązek oddania obowiązkowej dostawy żywca na rzecz robotniczego miasta czyniąc to także na konto najbliższego sąsiada. Ilość żywca była wyliczana w kilogramach proporcjonalnie do wielkości gospodarstwa i taka świnia w swoich kilogramach zaspokajała oczekiwania Ludowego Państwa często w odniesieniu do dwóch gospodarzy.

Niestety gospodarzowa świnia miała ogon prosty! Dokonany w chlewie pomiar krawieckim metrem jednoznacznie pokazał, że wagi nie złapie tj. nie zaważy 100 kg, ponieważ w obwodzie nie mierzy 100 cm. Wstydem byłoby więc dla Gospodarza jechać z nią na spęd. Świnia liczyła już sześć miesięcy, zatem dalszy chów nie był zupełnie wskazany i dalsze inwestycje w nią w postaci pełnego koryta ziemniaków z otrębami i mlekiem były zupełnie niecelowe. Jak wyżej powiedziano, nastała sroga zima, szły Święta. Decyzja zapadła...

Dla Gospodarza zarżnięcie i przerobienie na kiełbasy, kiszki, pasztetówki i szynki jednej, nie do końca wydarzonej świnki, nie stanowiło żadnego problemu. W końcu prawie pięć lat spędzonych w wielkim bawarskim gospodarstwie na robotach przymusowych w okresie wojny zaowocowało nabyciem wielu użytecznych w dalszym wiejskim, rolniczym życiu doświadczeń.

Do pewnego momentu właściwie wszystko przebiegało jak zwykle i nic nie zwiastowało jakichś nadzwyczajnych wydarzeń... Zapadł już wczesny zimowy wieczór. Gospodyni topiła smalec w wielkim garnku na piecu, gdzie pod blachą buzował tęgi ogień, gdy nagle szczekanie łaciatego Bibka obwieściło przybycie nieoczekiwanego gościa. Gospodarz wyjrzał na przedcienie i w księżycowej poświacie rozpoznał wysoką postać Sołtysa otrzepującego właśnie śnieg z wysokich butów.
-Pochwalony! - odezwał się znajomy głos.

- A na wieki wieków! Wchodźcie Sołtysie, wchodźcie. - Gospodarz zapraszał do środka. Mężczyzna wszedł do izby. Naftowa lampa ustawiona na przypiecku rozsiewała blade światło. Mdły zapach topionego smalcu roznosił się po izbie. Sołtys usiadł na podsuniętym mu stołku rozpinając kożuch. Potoczyła się rozmowa o gospodarskich sprawach, ogólna, niezobowiązująca... Niby to potem o korzyściach ze sztucznej inseminacji krów, prenumerowaniu Agrochemii, nawozach sztucznych. Po dobrych trzech kwadransach Sołtys podniósł się do wyjścia i właściwie otwierając już drzwi do sieni niby przypadkiem zauważył.

- A jutro to się do was wybiera Szafraniec.

Gospodarz z Gospodynią spojrzeli na siebie znacząco. Szafraniec był to bowiem sierżant pełniący funkcję komendanta miejscowego posterunku MO. Jego zaś wizyta nie mogła być ani przypadkowa ani niecelowa.

- Kto? - Gospodarz skierował pytający wzrok na lekko poczerwieniałą, zapewne od gorącego pieca, twarz żony.
- Gorzoła! Bo niby kto donosił na Naszą Babkę, że cielętami w Krakowie handluje?

Gospodarz pokręcił głową.

- Myślę, że Mietek z Zalasu. Wszyscy wiedzą, że jest w ORMO, a dziś spotkałem go w lesie, że niby choinkę upatruje, ale ślady były i tu, nad Mrowiskiem. Mógł coś widzieć.

Oboje przypomnieli sobie też sprawę Starej Gabryśki, która przesiedziała trzy miesiące w więzieniu za syna, co pędził bimber, a potem jak się wydało, to ona wszystko wzięła na siebie. Przecież ojciec piątki małych dzieci nie może iść siedzieć, bo kto tym dzieciom da jeść? Rada w radę - trzeba wszystko posprzątać, pochować. Zajęło im to czas prawie do północy.

Następnego dnia od rana zaczęło się nerwowe oczekiwanie zapowiedzianej wizyty. To znaczy czekała Gospodyni, bo Gospodarz jeszcze przed świtem pojechał do roboty rzucając ostatnie rady i uwagi. Kobieta krzątała się po izbie z trudem znajdując sobie jakieś zajęcie. Mały Kaziu, który tego dnia szedł do szkoły dopiero na za piętnaście pierwsza, klęcząc na kuchennym stole, wychuchał sobie w zamarzniętej szybie okrągły wizjerek i z niesłabnącym zainteresowaniem pełny napięcia obserwował dostępny mu krąg dobrze znanego krajobrazu. Pogoda tego dnia była piękna. Mróz chwycił tęgi. Niebo było błękitne, a biały śnieg iskrzył się w słońcu tysiącem brylancików.
Stary zegar w izdebce nie wybił chyba jeszcze dziesiątej, kiedy krzyk Małego  Kazia przerwał napiętą ciszę.

- Mamo! Rany boskie, idą!

Trzymana właśnie w ręce przez Gospodynię chochla z brzękiem upadła na podłogę. Kobieta nerwowo otarła ręce o fartuch i podeszła do okna. Mały Kaziu odsunął się na bok robiąc matce miejsce przy oknie. Gospodyni przechyliła się przez stół i przytknęła oko do okrągłego otworka.  Szli! Poprzeczną miedzą. Dwóch ich było, w stalowo – szarych, długich płaszczach  z czarnymi torbami przewieszonymi na bok. Srebrne orzełki błyskały na czapkach – uszankach.

- A pies uwiązany? – wykrztusiła z trudem Gospodyni. Za późno było jednak już sprawdzać, gdyż tupot nóg na udeptanym śniegu podwórka obwieścił przybycie oczekiwanych funkcjonariuszy MO. Po głośnym zapukaniu weszli do izby. Mały Kaziu prysnął do izdebki przymykając drzwi. Tam, zaczajony, obserwował dalszy przebieg wydarzeń. Obaj milicjanci usiedli na podsuniętych stołkach. Jeden zdjął torbę z ramienia i wyjął z niej notatnik. Przerzucił kilka kartek i zaczął spisywanie. Nazwisko, imię, miejscowość, numer domu…

- Podobno zabiliście świnię?

- My?! – Gospodyni nie mogła ukryć najwyższego zdziwienia.
- A gdzie by my świnię zabili! Ledwie się jedna uchowa, to na spęd trzeba odwieźć na dostawy obowiązkowe. To żeśmy już oddali. Tego roku to tak mało ziemniaków, że nie wiemy czy do wiosny i na sadzenie starczy. A zresztą kto by to zabił. Mój to nawet kury nie zabije, a nie dopiero świnię. Rzeczywiście. Zabicie świni nie jest proste i chyba to było koronnym argumentem podsumowującym treść notatki sporządzonej przez funkcjonariusza.

„… Po dokonaniu szczegółowego sprawdzenia, rozpytaniu mieszkańców w gospodarstwie niczego podejrzanego, wskazującego na obecność nielegalnego uboju, nie ujawniono. Ustalono nadto, że spośród obecnych mieszkańców nikt umiejętności zabicia żywej świni nie posiada...„ 

Sierżant Szafraniec zamaszyście zamknął notes, schował go do przepastnej torby i nie rozglądając się po izbie, rzucił krótkie „do widzenia” i obaj funkcjonariusze opuścili gospodarstwo.
Jeszcze długą chwilę Gospodyni siedziała z opuszczonymi w bezruchu rękami. Mały Kaziu wysunął się z izdebki.
- Pakuj się pomału do szkoły…

- Dołóż jeszcze kiszki. Udała mi się.

Gospodarz starannie układał w swojej nowej „aktówce”, co ją dostał na imieniny od Wujka Tadka, popakowane w biały papier przez Gospodynię mięsne produkty. Wchodząc do sieni u Sołtysa usłyszał głośne rozmowy toczone w kuchni. Ostrożnie postawił torbę za beczką z kapustą. Głośno zapukał w kuchenne drzwi.
- Wchodzić. wchodzić! – męski głos odezwał się ze środka. Przy stole siedziało kilku okolicznych sąsiadów Sołtysa popijając coś z fajansowych, malowanych w różyczki, kubków. Gospodarz rozejrzał się po izbie.
- Przyszedłem się spytać Sołtysie czy będziecie zbierali podatek.
Obecni spojrzeli po sobie znacząco. Sołtys na wsi, jak świat światem, zawsze podatek odbierał i to w stałych terminach w ciągu roku.
I tak się to zakończyła historia donosu – donosu … świni na świnię!

E.D.

 

Opowiadanie nagrodzone II nagrodą na Konkursie literackim organizowanym przez Muzeum Regionalne "Dom Grecki", Uniwersytet Trzeciego Wieku,, Myślenickie Towarzystwo Historyczne i Myślenickie Towarzystwo Kultury - w roku 2011 - "Ja i Historia"

 

 
 
 

     


Zamknij

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w sposób dostosowany do Państwa indywidualnych potrzeb i preferencji, w celu emisji możliwie indywidualnie przygotowanej reklamy. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących przechowywania i uzyskiwania dostępu do cookies przy pomocy ustawień przeglądarki lub urządzenia końcowego, z których Państwo korzystacie. Więcej szczegółów w naszej Polityce Prywatności.