Start » Głogoczów » Multimedia » Teksty » Legendy » Zapowiedzi

Zapowiedzi

     „... Zaczęła go prosić, zaczęła go błagać,

          a on ci ją zaczął darnickiem przykładać..."

 

Nikt już dzisiaj nie pamięta w całości tej pięknej i smutnej opowieści o tragedii, jaka rozegrała się na początku XX wieku w sąsiednich Krzyszkowicach. Bogaty gospodarski syn uwiódł biedną dziewczynę. Gdy ta znalazła się w stanie odmiennym i wypadało się z nią ożenić, kawaler, chcąc pozbyć się kłopotu, zabił ją. Mimo że ukrył zwłoki, zbrodnia jednak wyszła na jaw, a ludowa ballada przekazała opowieść o losie nieszczęśliwej dziewczyny.

Różnice bowiem, nie tylko stanowe ( szlachta - chłopi), stały wtedy na przeszkodzie zawieraniu związków małżeńskich. Wieś ówczesna nie przedstawiała sobą jednolitości ani pod względem majątkowym, ani społecznym. Dla każdego mieszkańca gołym okiem widoczne były różnice. Doskonale wiedziano kto jest gospodarzem, a kto biedotą.

„Jak wejdziesz między plewy, to cię świnie zjedzą!" – ostrzegał syna przed małżeństwem z biedną panną ojciec – wielomorgowy gospodarz. A taki kawaler był szczególnie pożądaną partią, jeśli miał morgi i brał żonę do swego domu. Była to gwarancja dostatniego, dobrego życia. Samo określenie, że dziewczyna „wydaje się" wskazuje, że córka winna iść z domu do męża. Zdobycie odpowiedniej „partii" na wsi nie było wcale łatwe. Wiejskie panny często rzucały na szalę honor i niewinność by zdobyć upatrzony obiekt. Niestety, dla niektórych kończyło się to utratą wianka i dobrego imienia, a nabyciem pozamałżeńskiego dziecka.

Był w Głogoczowie bogaty i przystojny chłopak z domem i gospodarstwem, który już trzy dziewczyny pozostawił z „przychówkiem", a żenić się nie zamierzał, zalecając się czwartej. Bardzo ładna to była dziewczyna i pracowita, ale sierota bez matki, chowana przy macosze. O takim narzeczonym mogła tylko marzyć, a przyszłości z nim jako jednej z pierwszych gospodyń, można byłoby zazdrościć. Jak jednak łatwo przewidzieć, los jej stał się podobny do losu trzech poprzedniczek. Na wiadomość o jej odmiennym stanie chłopak tylko wzruszył ramionami, gwizdnął przez zęby, poprawił kapelusz i ... poszedł.

Marysia widziała, że w tej sytuacji nie ma po co wracać do domu, bo macocha i tak ją wyrzuci. Co tu robić, co robić... Łzy same napływały do oczu i jak strużki deszczu lały się po rumianych policzkach. Nie wiedzieć jak, nogi same zaniosły ją nad rzekę. Zaczęła chodzić po wale tam i z powrotem patrząc w szary nurt Głogoczówki.

Niedaleko na polu gospodyni sadziła ziemniaki. Co chwila prostowała się dając ulgę zmęczonym krzyżom, że to już dochodziło południe. Zdziwiła się widokowi dziewczyny tak bezcelowo wędrującej nad wodą. Coś ją tknęło, a i rada była kości rozprostować, rzuciła kopaczkę do bruzdy i poszła ku dziewczynie.

- Pochwalony! – poznała Marysię - a co ty tu dziecko robis? – zdziwiła się widząc tak zalaną łzami buzię.

Marysia buchnęła jeszcze większym płaczem i w szlochaniu opowiedziała co się jej przytrafiło .

- Matka mnie z chołpy wyzyną! – łkała.

„Pewnie, pewnie" – pomyślała gospodyni, bo dobrze znała Marysiną macochę. „Kiedy temu będzie koniec!" – źliła się w myśli na nieosiągalnego kawalera. „Żeby tak sierocie zrobić!".

Niby problem stary jak świat, ale cóż człowieku pomożesz, choćbyś i bardzo chciał...

- Nie bec Maryś. Nic tym nie poradzis – zamyśliła się na chwilę. - Idź do księdza i powiedz jak jest, na pewno cosik ci zaradzi! - ta rada wydała się jej najlepsza, chociażby z racji bliskości plebanii.

- Bóg wam zapłać, ciotko – Marysia pocałowała gospodynię w rękę. Popatrzyła na kościelną wieżę, skąd właśnie odezwały się dzwony na Anioł Pański. Obie się przeżegnały i odmówiły piękną modlitwę jakby na ten moment do niej wezwane. Dziewczyna otarła twarz zapaską i poszła.

Gospodyni założywszy ręce na obfitym biuście patrzyła za Marysią dopóki jej postać nie zniknęła za kępą akacji .

Marysia nie zastała księdza proboszcza, ale przyjął ją i wysłuchał ksiądz wikary.

W niedzielę po sumie ludzie wolno rozchodzili się spod kościoła, przystając grupkami żeby pozdrowić znajomych i krewnych. Grupa najprymniejszych kawalerów stała pod płotem cmentarza kurząc papierosy. Mały ministrant podbiegł ku nim .

- A to ksiądz wikary kazał ci przyjść! –zawołał do naszego Casanovy .

Ten pewnym krokiem udał się w stronę kościelnych schodów, gdzie widoczna była postać księdza wikarego w czarnej sutannie .

-Kiedy z Marysią przyjdziesz na zapowiedzi? – bez wstępów zapytał.

- A czy to ja od zbierania plew po wsi jestem? –odparł kawaler prześmiewnie i hardo .

Siarczysty policzek mlasnął, aż rozległo się po placu i ludzie się obejrzeli. Wikary nie był ułomek, więc zabolało nie tylko na honorze.

W najbliższy piątek Marysia z narzeczonym przyszli na zapowiedzi .

E.D.

 

 
 
 

     


Zamknij

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w sposób dostosowany do Państwa indywidualnych potrzeb i preferencji, w celu emisji możliwie indywidualnie przygotowanej reklamy. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących przechowywania i uzyskiwania dostępu do cookies przy pomocy ustawień przeglądarki lub urządzenia końcowego, z których Państwo korzystacie. Więcej szczegółów w naszej Polityce Prywatności.