Start » Głogoczów » Multimedia » Teksty » Legendy » Skarb na Jaworznej

Skarb na Jaworznej

Jest kilka wersji tej ciekawej historii. Są one mniej lub bardziej prawdopodobne. Przywołam tu tylko jedną z nich.

O tym lesie na Jaworznej była już opowieść, jak to trudno przez niego nocą przejść, gdy las przecież niewielki, domy i drogi blisko. Otóż, jest jeszcze jeden przekaz o tymże lesie, który warto przypomnieć.

Rok 1812 to nie tylko rok ważny w naszej wsi z racji rozpoczęcia budowy kościoła w Głogoczowie. W tym przecież roku Cesarz Napoleon szedł na Moskwę, a potem spod Moskwy wracał. Niby działo się to wszystko raczej w regionie Polski centralnej, ale i tu, pod Krakowem, było słychać echa tej kampanii. I tutejsi szli na wojnę. Nie trzeba wiele wiedzieć z historii, aby sobie wyobrazić jak mógł wyglądać powrót żołnierzy z tak dalekiej wyprawy. Wyprawy zakończonej klęską… Wielu wracało rannych, głodnych i obdartych. Nie nadążali za swoimi oddziałami, zostawali po drodze, czasem na zawsze.

I zdarzyło się, że do Głogoczowa dotarł ranny oficer napoleoński ze swoim adiutantem. Wieźli kasę pułkową. Strzegli jej jak oka w głowie, ale z jakiejś przyczyny oddzielili się od oddziału i nie mogli już nadążyć. Na ile tylko mógł, to wierny adiutant starał się opiekować swoim dowódcą, ten jednak gasł z dnia na dzień, aż zamknął oczy na wieki. Żołnierz został sam. Pochował uczciwie kapitana, a sam nad swym losem mocno się zadumał. Nie miał już ani sił, ani pomysłu jak iść dalej, bo konie im całkiem ustały bez należytego obroku będąc, często na zimnie i deszczu w szczerym polu stojąc. Tak też i żołnierz postanowił zostać na miejscu i tu swoich dni dożywać. Nikt go zapewne już szukał nie będzie, a jak nawet, to i tak za nim nie trafi! Jak wymyślił, tak i zrobił.

Kupił opuszczoną rolę, która bez spadkobierców się ostawała. Dom i piękne obejście pobudował, że to co nieco z kasy pułkowej uszczknął. W końcu się ożenił. Niemłody już był, toteż i pasowną po wieku do siebie żonę wziął. Że, jak się rzekło, oboje niemłodzi już byli, to tylko jednej córki się doczekali. Dziewczyna zdrowo się im chowała i rosła. Oj, wyrosła ci ona jak sosna w boru, że niejeden chłop mógłby jej tego wzrostu zazdrościć! Chłop tak, ale dla kobiety taka cecha to korzyść… Silna też była nad wyraz. Wóz koński sama nadrzucić potrafiła, parą koni też powoziła, aż się patrzy! Tekla jej było na imię. Odumarli ją też rodzice wcześnie. Sama została na wielkiej gospodarce. Ojciec umierając przekazał jej spory garniec ze złotymi monetami, co mu jeszcze pozostały. Ani jednak majątek, ani pracowitość i zaradność nie dały Tekli prawdziwego szczęścia! Jak każda kobieta, marzyła o miłości, o tym jedynym, wyśnionym, który by przyszedł, piękne słowa mówił, dobroć i czułość świadczył. Lata jednak szły, a Tekla nadal była sama. Nie to, żeby sobie nie radziła z gospodarką, czy żeby się jej w polu i oborach nie darzyło, czy zdrowia brakowało. Nie. Wszystko szło, aż dziw brał. Bo też, jak by trzeba było, to zawsze się wsparła tymi ojcowskimi talarami. Rozsądna była, toteż jej ich nie ubywało za szybko.

Aż któregoś lata pojawił się ten wybrany, wymarzony, wyśniony! Skąd był – nie wiadomo. Tak do wsi przyszedł, niby do roboty się najmował tu i tam, że wreszcie u Tekli się zadomowił. Chłopak przystojny był, pracowity i do każdej roboty sprytny. A jak popatrzył tymi niebieskimi ślepiami, to się serce rozpływało! Jak błysnął białymi zębami, niby wilk z boru. A jak zaśpiewał, to aże się po dolinie niosło! Nie raz siadał na progu i tak długo patrzył zamyślony… Przysiadała się do niego Tekla ciekawa o czym tak duma, ale on tylko ciężko wzdychał, w oczy jej zaglądał, a smutny uśmiech błąkał się mu na wargach.

- Sam jestem na świecie, to jakże mam się radować?... Ani izby własnej, ani kogo bliskiego. Zadrżało serce dziewczyny.

- To i ja sama jestem! Wiem, że urody nie mam. Bom taka duża… - zaczęła, ale kawaler nagle jej przerwał.

- A chciałabyś ty mnie?!

Omdlała prawie myśląc, że oto spełnia się jej największe marzenie. Oto kawaler przystojny się jej oświadcza! Zgodziła się bez namysłu.

- Niedobrze robisz, dziewucha! – ostrzegała ją stara sąsiadka. - A co ty o nim wiesz? Skąd on i czyj on. Ojców jego nie znasz, ani rodziny. 

Tekla jednak za nic miała takie uwagi myśląc, że sąsiadka pewnie z zazdrości tak mówi, bo jej dwie córki już prawie na stare panny zostały. Płynęły tak dni i tygodnie w błogim szczęściu i przygotowaniu do wesela. Któregoś jednak dnia kawaler z poważną miną zwrócił się do narzeczonej w te słowa:

- Już niedługo się pożenimy, a ja dalej u ciebie jak parobek. Jak mi tak przed wsią się pokazywać jak dziad. Wiesz żem biedny, ale przecie swój honor mam, a i tobie będzie tak honorniej, jak nie za dziada pójdziesz. Zaciekawiła Teklę taka mowa i w czym rzecz, narzeczonego pyta.

- Wiem, że masz pieniądze, bo wszyscy wiedzą. Zróbmy tedy tak – daj mi tyle, co na parę dobrych koni starczy, ja do Bochni na koński targ pojadę. Kupię parę dobrych kasztanów, bo te stare to już całkiem schyrlały. A i bryczkę by się zdało. Przecie to i tak wspólne będzie, jak się pożenimy. Tylko, że powiemy, że to niby od mojego stryja taka wyprawa po ojcu mnie należna. Honornie ci będzie, że nie za dziada idziesz, ale gospodarskiego syna. A konie i tak w twojej gospodarce będą orały i skrudliły! W niedzielę do kościoła nową bryczką cię powiozę! – uśmiechnął się szeroko.

Pomyślała chwilę Tekla i trudno jej było nie zgodzić się z tym, co narzeczony mówił. Wieczorem sięgnęła do glinianego garnca i wyliczyła garść talarów na parę dorodnych koni, bryczkę i paradne uprzęże!  Przed świtaniem wsiadł kawaler na młodszego konia, narzeczoną w usta pocałował i z mieszkiem talarów ruszył w drogę. I tyle go widzieli!  Czekała Tekla dnie, tygodnie i miesiące. Całkiem się zaopuściła, nic jej już nie cieszyło, ani o nic nie dbała! Aż którejś nocy zakopała gliniany garniec w lesie nad Krzypopą, podpaliła zabudowania, a sama powiesiła się na najwyższej sośnie!

Podobno mieszkańcy Bęczarki, jak szli po zmroku drogą przez las, to widywali białą postać wiszącą na drzewie i bali się tamtędy chodzić. Sosna została ścięta i sprzedana na budowę mostu w Izdebniku, który zabrała powódź w 1934 r. A jeszcze po wojnie miejscowi przekopywali brzegi nad Krzypopą, niby za dobrą gliną, ale wiadomo było, że skarbu Tekli szukali…

E.D.

 

 
 
 

     


Zamknij

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w sposób dostosowany do Państwa indywidualnych potrzeb i preferencji, w celu emisji możliwie indywidualnie przygotowanej reklamy. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących przechowywania i uzyskiwania dostępu do cookies przy pomocy ustawień przeglądarki lub urządzenia końcowego, z których Państwo korzystacie. Więcej szczegółów w naszej Polityce Prywatności.