Start » Głogoczów » Multimedia » Teksty » Legendy » Trzy karczmy

Trzy karczmy

Rok 1870 .

    Po północy z 23 na 24 czerwca 1870 był ogień i spaliła się chałupa po kmieciu Kwincie, którą teraz trzyma Szeffer i Albertyna Czech. W połowie lipca 1870 znowu spaliła się karczma na Stawach w Głogoczowie po północy.

    W połowie sierpnia 1870 spaliła się karczma czyli austeryja na gościńcu w Głogoczowie po północy.

   Dnia 29 października 1870 też po północy spaliła się karczma pod ogrodami kościelnymi. Ogień wszędzie zdaje się był podłożony.

   Te wszystkie zabudowania były zabezpieczone od ognia.

    Tak notuje ówczesny proboszcz parafii głogoczowskiej ksiądz Jędrzej Ciszek  w  Kronice parafialnej.

    Pożary musiały być znacznych rozmiarów i zdaje się nigdy do końca nie wyjaśniono ich przyczyny, choć dotknęły znaczących budynków we wsi jakimi były karczmy. Na pewno zaś nie ujęto ewentualnego podpalacza. Ale czy nie było wskazówek co do sprawcy, czy tylko nikt nie miał odwagi o tym wspomnieć?...

     Jak wyżej widać i w XIX wieku w Głogoczowie było kilka karczm. Stały one przy drogach ale służyły nie tylko przejezdnym,  lecz także i miejscowi zaglądali tam, a to zjeść śledzia – matyjasa, a to piwa się napić, gorzałką uraczyć, w niedzielę czy święto przy muzyce zatańcować. Byli jednak i tacy, którzy stale wieczory w karczmie spędzali, ani specjalnie pijąc, ani tańcując. Co oni tam zatem robili? A grali w karty! Kto nigdy się tej pasji nie oddawał, to nie zrozumie co znaczy w grze się zapamiętać, po wygranej - cieszyć, po przegranej – chcieć się odegrać! Nie raz cały wieczór przeszedł i ku północy księżyc przechodził, a oni dopiero z karczmy wychodzili. Już nikogo na drogach nie było i wieś spała jak do chałp wracali.  Stała to była grupa, starzy i młodzi, gospodarze i parobcy. Już ich nawet dobrodziej z ambony napominał, żeby nałóg ten porzucili przystojnieszym zajęciom się poświęcając. Ale nic to nie pomogło. Jak grywali tak grywali!

    Zdarzyło się jednego wieczoru, kiedy deszcz padał na polu i szybciej niż zwykle zapadły ciemności, że jak zwykle zasiedli w kącie przy stole do gry, rozkładając karty. Karczmarz dorzucił polan do komina, bo wilgotność i chłód wciskały się do izby. Płomyki błysnęły na bierwionach i zaczęły wesoło pełgać rzucając ciepłe światło. Gracze, odsuwając na bok kufle z piwem, ochoczo rozłożyli karty na stole. Niewielu ludzi było w karczmie, a i ci po kieliszku gorzałki już się rozchodzili, kiedy do izby wszedł jakiś obcy człowiek. Ani młody, ani stary. Ubrany jakby z chłopska ale raczej jak myśliwy co po dworach na polowania jeździł. U boku miał dużą skórzaną sakwę, a na głowie zielony kapelusz z piórkiem ni to orlim, ni kogucim. Nie zdejmując kapelusza, a jedynie rzucając sakwę na ławę, usiadł przy sąsiednim od grających stole. U karczmarza zamówił jajecznicę na boczku i czekając na posiłek z uwagą przyglądał się grze. Zaczerwienione policzki i coraz intensywniejsze gesty wskazywały, że rozgrywka szła ostro, a i soczyste przekleństwo grających nie raz przeleciało nad stołem. Przybyły przysiadał się coraz bliżej, aż w końcu wprost zapytał czy mógłby z nimi zagrać, bo bardzo mu się taka gra podoba. Zaraz też zrobili mu miejsce koło siebie, bo nowy to przecież zawsze coś atrakcyjnego, a może i ciekawe zagrywki pokaże, albo będzie kogo ograć?...

    Myśliwy dołączył się do towarzystwa. Grał ani dobrze ani źle, raz wygrywał, raz przegrywał. Kiedy przeszło jednak parę partyjek, odezwał się w te słowa:

    - Ciekawa ta wasza gra i karty  ładne, ale i ja chciałbym wam coś nowego pokazać. Zagrajmy w moje karty, a reguły gry takie… - i tu zaczął tłumaczyć jak grać należy wyciągając jednocześnie z sakwy talię trochę dziwnych kart i objaśniając co która znaczy.

    - Ale żeby gra była ważna, to każdy na odwrocie karty, którą dostanie, musi węgielkiem z komina wpisać swoje imię! 

    Czy to przeciąg, co nagle powiał po izbie, czy niezręczne potrącenie ręki myśliwego spowodowało, że jedna karta upadła na podłogę pod stół. Najbliżej siedzący mężczyzna schylił się i prawie na czworakach wszedł pod ławę.

    - Chłopy, rany boskie! To cyrografy! Rzućcie te karty! – przerażający krzyk poderwał wszystkich na równe nogi. Karty posypały się po podłodze polane obficie piwem z wywróconych kufli. Nagle z komina buchnął kłąb dymu, a na wpół spalone polana potoczyły się po izbie. Krztusząc się i kaszląc, gracze rzucili się do drzwi przewracając po drodze stoły i ławy.

    Uciekając na pole nikt nie zwracał uwagi gdzie podział się myśliwy. 

   Co było na feralnej karcie podniesionej przez parobka? Otóż deklaracja: Duszę diabłu zapisuję i piekłu się ofiaruję. Wystarczyło tylko węgielkiem z komina imię własne ręką własną na drugiej stronie karty zapisać i … cyrograf gotowy, a dusza na wieki zgubiona!   

    Tej samej nocy karczma doszczętnie spłonęła.

                                                                                                                            

E.D

 

 
 
 

     


Zamknij

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w sposób dostosowany do Państwa indywidualnych potrzeb i preferencji, w celu emisji możliwie indywidualnie przygotowanej reklamy. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących przechowywania i uzyskiwania dostępu do cookies przy pomocy ustawień przeglądarki lub urządzenia końcowego, z których Państwo korzystacie. Więcej szczegółów w naszej Polityce Prywatności.