Start » Głogoczów » Multimedia » Teksty » Legendy » Zaproszenie do tańca...

Zaproszenie do tańca ...

Czy zdarzyło się to w Głogoczowie, czy też w którejś z sąsiednich wsi, dziś już nie wiadomo. Nie jest to zresztą takie ważne. Ale faktem jest, że w Glogoczowie było wielu bogatych gospodarzy świadomych swej pozycji i majątku. Nosili się godnie i dumnie, mając w trosce, aby im nie uchybiono i też sami nie uchybili godniejszym lub równym sobie. Starali się też, aby ich dzieci znały dobre obyczaje, wiedziały kim są z domu. No i aby przypadkiem nie związały się z „dziadem”, co tyczyło się zarówno kandydata na zięcia jak i synową. Zwłaszcza jak dziecko było jedynakiem, całą nadzieją i dumą rodziców.

Tak też było i z Frankiem, który u swych rodziców był jedynym synem. A byli to gospodarze jedni z najbogatszych we wsi. Skoligaceni też i spokrewnieni z samymi bogaczami i to nie tylko w swojej wsi. Chłopak rósł od najmłodszych lat w staraniu i trosce ojca i matki. Nie brakowało mu, jak to mówili, i ptasiego mleka. Toteż gdy wyrósł z lat dziecięcych popatrywały za nim wszystkie dziewczyny przesyłając uśmiechy, bo chłopak nie tylko, że był bogaty, ale i nad podziw przystojny. Wyrósł jak sosna w borze, wysoki i śmigły, jasna czupryna spadała mu na czoło, a niebieskie jak niebo oczy przyciągały niewoląco. On jednak jakoś ku żadnej pannie szczególnie się nie miał. Nosił się dumnie, patrzył z wysoka. Nie dziwota - jedynak… Matka wprost rozmiłowała się w tym synu. Jak mogła, tak mu dogadzała i w jedzeniu i w przyodziewku. Z prawdziwą matczyną dumą patrzyła, jak zwijał się sprawnie przy robocie, jak niósł chorągiew na procesji w kościele, jak tańcował na weselach. I oczy jej się śmiały i snuła marzenia o jego przyszłości. Prosiła ich też cała okolica na wesela, bo jak powiedziano spokrewnieni i spowinowaceni byli z samymi bogatymi gospodarzami, a taki drużba na weselu to honor i nadzieja, a nóż druhna się spodoba i wtedy wszyscy przyjdą na Frankowe wesele. Ale jemu zwykle druhna się nie podobała... Choć obowiązek drużbaczki nakazywał bawić się ze swoją druhną przez całe wesele, nic było Frankowi po jednym tańcu dziewczynę zostawić i albo hulać z inną, albo pić z chłopakami, albo i wracać do chałpy, jak mu się wesele nie udało1.

Było to pod koniec lata, kiedy znowu został zaproszony na wesele córki zamożnego gospodarza z sąsiedztwa jako pierwszy drużba. Znając jego wybredność co do dziewcząt, tym razem bardzo starannie dobrano mu partnerkę. Panna była młodziutka, śliczna jak obrazek, a i z nie byle jakiej rodziny. Ani słowa rzec! Od razu też Franek bardzo przypadł jej do gustu, że już w kościele nie mogła się powstrzymać, żeby na niego nie zerkać i potajemnie nie wzdychać. Z niepokojem też oczekiwała rozpoczęcia tańców, obawiając się czy też sprosta takiemu tancerzowi za jakiego uchodził jej drużba. A całą wolą chciała! Kiedy więc zagrali pierwszy dla nich kawałek, a drużba ujął ją w pasie i poprowadził na izbę, kiedy ruszyli razem do oberka, świat zdawał się jej wirować w oczach. Wydało się jej, że oto spełnia się jej największe marzenie. Po tym jednak tańcu drużba odprowadził ją na miejsce, a sam poszedł kosztować gorzałki weselnej i gwarzyć z krewniakami. Upłynęło sporo czasu weselnego. Druhna siedziała za stołem, niekiedy tylko proszona do tańca przez jakiegoś starszego weselnika. Nie taki los pierwszej druhnyJak on cię nie prosi, to ty idź i weź go do tańca, przecie to nie ujma! Twoje dziś prawo z nim hulać!

Dziewczyna obejrzała się wokół siebie, ale nie mogła rozeznać, kto z licznych gości mógł dać jej taką radę. Widząc w tym jakieś rozwiązanie podniosła się i zbierając całą odwagę, podeszła do swojego drużby.

My dziś drużbujemy, a ino raz żeśmy razem tańcowali! Chodźże mój drużbo do tańca!

Franek popatrzył zdziwiony na dziewczynę.

Nie mam ja w zwyczaju, żeby mnie dzieuchy brały do tańca – odpowiedział chłodno i odwrócił się do kompana. Dziewczyna zarumieniła się jak piwonia i chyłkiem wymknęła na pole.

Tańcz chłopcze, póki czas po temu. Nie odmawiaj jak cię dziewczyna prosi, bo przyjdzie taka tańcownica, której nie odmówisz – spokojny głos kobiecy odezwał się Frankowi za plecami. Odwrócił się zdziwiony. Przy nim stała niemłoda już kobieta, nie z wiejska kolorowo ubrana ale jakoś w szarej sukni, przepasana w pasie.

Tańcz teraz, z dziewczyną, bo jak ja cię poproszę to ze mną zatańczysz...

Frankowa matka, która akurat przybliżyła się ku synowi już miała splunąć z oburzenia. „Tfu! Stara babo, z tobą miałby hulać mój jedynak?!” Nie zdążyła jednak, gdyż kobieta zniknęła w tłumie weselników.

Minęła jesień i zima. W pewien wiosenny dzień obudził się Franek jak zwykle przed świtaniem, kiedy pierwsze zorze rumieniły się na wschodzie. Dzień zapowiadał się piękny, ale jemu jakoś ciężko było w głowie i boleśnie. Z trudem próbował podnieść się z łóżka i kiedy, opierając się o krawędź, w końcu podniósł się i stanął boso na podłodze, nagle świat zawirował mu w oczach jak w szalonym tańcu, coś ścisnęło go w boku i ogarnęła go nieprzenikniona ciemność.

Nie pomogła miejscowa znachorka. Nie pomógł doktor z miasta. Po tygodniowej chorobie chłopak, nie ocknąwszy się, umarł.

 

Autor: E. D.

 

1 Udało gwar. – w znaczeniu : spodobało.

 

 

 
 
 

     


Zamknij

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w sposób dostosowany do Państwa indywidualnych potrzeb i preferencji, w celu emisji możliwie indywidualnie przygotowanej reklamy. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących przechowywania i uzyskiwania dostępu do cookies przy pomocy ustawień przeglądarki lub urządzenia końcowego, z których Państwo korzystacie. Więcej szczegółów w naszej Polityce Prywatności.